poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Bawełniane...

Po pierwsze rocznica. Dwa lata temu powiedziałam "tak" pewnemu panu.


Po drugie bluzeczka z wielokolorowej Camilli jest już prawie gotowa. Właśnie skończyłam modelowanie na biodrach. 



wtorek, 10 sierpnia 2010

Uff...

Nareszcie mam kontakt ze światem. W piątek wieczorem po mega burzy i ulewie u mojej mamy, gdzie aktualnie chwilowo rezydujemy, wyłączyli nam prąd. Jak wyłączyli, tak nie było go przez 42 godziny. W efekcie popłynęła mi cała zawartość lodówki. Na szczęście część zamrożonych rzeczy udało się uratować i ulokować bezpiecznie w zamrażalniku teściowej. Cała ta sytuacja uwidoczniła moje uzależnienie od prądu, a także telewizji i komputera. Całą sobotę i niedzielę chodziłam rozdrażniona i nie mogłam znaleźć sobie miejsca, jak narkoman na odwyku. Może jeszcze jakoś łatwiej mi by było, gdyby nie to, że tylko kawałek naszej ulicy był bez energii. Taka czarna wyspa, a dookoła rozświetlone okna sąsiadów. Strasznie mnie zirytowała też dyspozytornia Zewt-u. Nie dość, że ciężko było się do nich dodzwonić, to jeszcze nic nie wiedzieli i rozmawiali z dzwoniącymi jak z dziećmi (w sobotę pani dyspozytorka powiedziała nam, cytuję: "Panie, tam ludzie umierają na ulicy, bo kable leżą na chodnikach". Rozumiem powagę sytuacji, kiedy przewody są pozrywane, ale takie teksty zwyczajnie mnie denerwują). Ich niekompetencja osiągnęła szczyt w niedzielę rano, kiedy to pan po drugiej stronie słuchawki próbował wmówić K., że pierwszy raz zgłaszamy awarię u nas. Nie przekonało go także nasze zapewnienie, że nie tylko my dzwonimy w tej sprawie. Bez prądu na naszej ulicy było przecież osiem rodzin. Podobno zgłoszenia zapisują w pięciu zeszytach (sic!). I w żadnym nie odnotowano tej usterki. Ponownego włączenia prądu kazano nam oczekiwać do wtorku. Na szczęście jeszcze tego samego dnia około 17.00 podjechał wóz pogotowia energetycznego i po 30 sekundach mieliśmy już światło. A to oznacza, że nasza awaria była mikroskopijna, czyli według Zewt-u o niskim priorytecie. Dziwię się, że kazano nam tyle czasu czekać. Cóż, może gdyby przynajmniej jakieś drzewo przewracając się rozwaliło słup, to może w kilka godzin by się uwinięto. A tak wystarczyło włączyć transformator.
No to się wygadałam, uff.

W piątek zanim nastąpił Mały Armagedon, odebrałam przesyłkę od Qlqi z wygranymi cukierkami. Oto woreczek.


I jego zawartość. Rękawica do mycia i ręczniczek. 


Śliczny komplet do łazienki. Wstawki szydełkowe są przepiękne. I takie równiutkie. Nie mogę się napatrzyć. Aż żal powiesić tak po prostu do używania. Jeszcze raz dziękuję.

Postępów w dzianiu mojej pierwszej bluzki na razie nie ma jakiś spektakularnych, toteż nie wstawiam zdjęcia. Raz nie miałam jakoś natchnienia, dwa robótkę mam na drutach 80 cm, które są za wąskie w tej chwili. Niestety w żadnej stacjonarnej pasmanterii w Warszawie, w jakiej byłam, nie ma choćby najtańszych drutów nr 4 na żyłce 100 cm. Znalazłam co prawda takie w jednej pasmanterii internetowej, ale samych drutów nie opłaca mi się zamawiać.