środa, 12 maja 2010

Trafić w dziesiątkę...

Dawno się nie odzywałam. Ogarnęła mnie niemoc twórcza. Nie ciągnęło mnie do robótek w ogóle. Dopiero w tym tygodniu zabrałam się do pracy. Do łask wrócił haft krzyżykowy. Jutro, jak pogoda pozwoli, pokażę postępy.

Tymczasem... Na wielu blogach, które ostatnio odwiedzam, można oglądać "Dziesiątki". O co chodzi? Otóż chodzi o to, aby znaleźć w swoich zbiorach komputerowych najstarsze zdjęcia, pokazać światu dziesiąte z nich i opowiedzieć jego historię. Ja dołączam do zabawy.
Tak więc poznajcie Maćka.

Maciek był naszym pierwszym kotem. Maciek był kotem niesamowitym. Zanim do nas trafił, prześladował moją wtedy-jeszcze-nie-teściową w jej miejscu pracy. Mama K. obiecała sobie, że znajdzie kotu dom, bo nie mogła już znieść ciągle wpatrującej się w nią bursztynowej pary oczu. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Maćka, nie wiedziałam, czy się śmiać czy płakać, bowiem Maciej był grubszy niż wyższy i łatwiej go było przeskoczyć niż obejść. Jednak już po paru miesiącach regularnego podawania posiłków kot zaczął odzyskiwać właściwe rozmiary. Wiódł życie - mam nadzieję - szczęśliwe. Był głaskany do wyczerpania (któregoś z domowników oczywiście, bo kot nigdy nie miał dosyć). Wylegiwał się na słońcu albo przełaził przez płot do sąsiadów, by tam spać pod tujami. Maciej wiele rozumiał. Nie reagował na tradycyjne i oklepane "kici, kici". Maćka wołało się z podwórka gwizdaniem (jak psa). Wtedy biegł ile sił w łapkach, a jego fałdki na brzuszku majtały się z lewej w prawą. Zabawny widok.
Patrząc na to zdjęcie, zrobione w 2006 roku, trochę dziwnie się czuję. Maciek wtedy miał zdrowe oczy (czasem zapominam, jakie były). Rok później wypadły mu soczewki. Przypadek podobno jeden na ileś tam... U kotów to wyjątkowa rzadkość. Pod opieką dr Garncarza, okulisty weterynaryjnego, uczyliśmy się na nowo świata. Oczy Maćka jakoś reagowały na światło, a on sam widział wszystko niewyraźnie i przede wszystkim do góry nogami (soczewki zostały operacyjnie usunięte). Jednak koci instynkt nie zawiódł i pomagał w poruszaniu się po domu i ogrodzie. "Maciek, ściana", tak wołaliśmy do sierściucha, który natychmiast zmieniał trasę swego spaceru. W 2008 roku stan zdrowia kota znowu się pogorszył. Poszło lawinowo. Wielokrotne wylewy do mózgu. Początkowo myśleliśmy, że uda nam się je powstrzymać, ale nie... Dzień po moich urodzinach skończyliśmy tę walkę. Maciej to był wyjątkowy kot i to nie tylko dlatego, że był naszym pierwszym kotem. Był z nami 8 lat. Do tej pory potrafimy go wspominać godzinami.

Uff... To chyba mój najdłuższy wpis w całej rocznej historii tego bloga. Do tej sympatycznej zabawy zapraszam wszystkich, którzy chcą podzielić się swoimi wspomnieniami z innymi.

1 komentarz: