niedziela, 27 września 2009

(Karny) Jeżyk

Od wczoraj się nie nudzę ani chwili. Ada zakończyła żmudny proces szczepień. W sobotę wreszcie mogła wyruszyć na swobodne eksplorowanie osiedlowych krzaków i trawników, co dla nas oznacza wyjścia z domu co jakieś dwie, trzy godziny na jakąś godzinę albo i dłużej. Sunia zaczyna nawet już kumać o co chodzi z tymi spacerami, ale jeszcze zdarzają się jej wpadki w domu. Cierpliwości, dojdziemy pomału do wprawy.
Podczas wczorajszego ostatniego wieczornego spaceru natrafiliśmy na tego Pana.

Jeż, jaki jest, każdy widzi. Tylko co on robi po środku trawnika na jednym z większych warszawskich osiedli? Nie potrafimy z K. sobie tego wytłumaczyć inaczej, jak tak, że ktoś mądry sobie tego jeża chciał zwierzątkiem domowym uczynić. A że jeżyk pewnie temu mądremu w nocy tupaniem swoim spać nie dawał, to się ów mądry zwierzątka pozbył.
Jeszcze wczoraj mieliśmy pewne wątpliwości co do kolczastego jegomościa (a może on tu sobie po prostu żyje?), więc jeża nie ruszaliśmy i poszliśmy w swoją stronę.
Ale jakież było nasze zdziwienie, kiedy dziś podczas analogicznego spaceru spotkaliśmy znowu jeża na swojej drodze w zupełnie innej części osiedla. Jak on sobie poradził? Przecież tu tyle psów się kręci. A samochody? Dookoła bloków są same bardzo ruchliwe ulice. Tak więc nie namyślając się długo około 21.30 akcję pod kryptonimem "Kupka" zamieniliśmy na akcję "Ratujmy tego jeża, ale najpierw znajdźmy jakiś karton". Ada się trochę wynudziła na dworze, bo ja zostałam pilnować z nią jeża, żeby ten nie wlazł na ulicę, a K. pobiegł po jakieś pudełko. Summa summarum jeż został odwieziony do lasu.


Mamy nadzieję, że będzie mu tam lepiej.
A swoją drogą to jak to jest, że przez całe moje dotychczasowe dwudziestokilkuletnie życie jakoś nigdy nie natrafiłam na żadne kotki, które trzeba uratować, czy pieski z chorymi łapkami, którymi trzeba się zaopiekować? Aż tu nagle i pies i jeż...

poniedziałek, 21 września 2009

Słodkie...

Oto czym się dzielą dziewczyny (zdjęcia pożyczyłam od autorek):
1. U Elżusi

2. U Che-lil

niedziela, 20 września 2009

No nie...

Byłam wczoraj z K. na weselu mojej koleżanki. Ponieważ miałam chwilkę wolnego czasu własnoręcznie zrobiłam dla Państwa Młodych kartkę z życzeniami. Wzór zgapiłam od aeljot, która także szykowała kartkę ślubną. Wykorzystałam mulinę Ariadny nr 685, kawałek brystolu w kolorze czerwonego wina oraz wstążkę ecru. Wyszła z tego bardzo zgrabna i wdzięczna kartka. Wyszła... Tak naprawdę to musicie mi uwierzyć na słowo, bo mimo, że kartka była gotowa już w piątek wieczorem, to nie zrobiłam jej ani jednego zdjęcia i nie mogę udokumentować swojego debiutu na tym polu...

Jeśli chodzi o postępy w dzierganiu szalika, to ten wreszcie doczekał się wizyty pana listonosza z brakującym motkiem. Teraz praca może znowu ruszyć do przodu.

poniedziałek, 7 września 2009

Jesień idzie...

Czuję to w kościach. Nastrój też mam czasami już jesienny. Wystarczy, że niebo zasnują chmury, a już mam objawy jesiennej depresji. Żeby troszkę oswoić nadchodzącą porę roku postanowiłam wrócić po latach do dziergania. Na początek szalik dla K.

Jak widzicie wybrałam typowo jesienny kolor, czyli brązowy. Kolory są troszkę przekłamane, bo zdjęcie robiłam w blasku chylącego się ku zachodowi słońca. W rzeczywistości kolory są takie:

Włóczka z Aniluxu, Eliza, akryl + pes, brąz z beżem i bielą. Z jednego motka wyszło mi około 50 cm robótki. Coś mało wydajna ta włóczka, ale za to bardzo miła w dotyku i "przyjazna" dziergającej.

sobota, 5 września 2009

Pamiątka z wakacji...

Powiększyła nam się rodzina... Krótko pisząc mamy psa. A dokładniej, to suczkę Adę. Zwykłego wiejskiego kundelka. Trzymiesięcznego. Pełnego energii. Nieokiełznanego i niesfornego. Zajmującego cały nasz wolny czas. Wymagającego przeogromnej cierpliwości z naszej strony.
Adę znaleźliśmy na stacji benzynowej w Brańsku. Ktoś podrzucił ją pracownikom. Kiedy zobaczyliśmy tę małą kruszynkę, błąkającą się między dystrybutorami, łaszącą się do wszystkich, skomlącą głośno i płaczliwie, bez wahania zabraliśmy ze sobą do domu. Psinka szybko się zaaklimatyzowała i przyzwyczaiła do nas. Podróż do Warszawy nam minęła bez problemów. Mamy pewne podejrzenia, że Ada urodziła się w samochodzie, bo jak tylko K. uruchomi silnik, to mała zasypia. Nie przeszkadza jej ani warkot silnika, ani trąbienie klaksonem czy wertepy.
Z początku postanowiliśmy zaopiekować się sunią, odpchlić, odrobaczyć, zaszczepić i odchować trochę i jednocześnie szukać dla niej domu najlepiej z ogródkiem (mieszkamy w bloku). Jednak teraz już wiemy, że pies zostanie z nami.
Oto ona. Kolejny sprawca zamieszania w naszym życiu.






P.S. Jako kociarze od wielu wielu lat nie mamy doświadczenia w postępowaniu z psami. Wierząc w siłę internetu i własny instynkt sami określiliśmy płeć szczeniaka. Posługując się obrazkami ponoć ułatwiającymi rozpoznanie płci, wydumaliśmy po długiej naradzie, że staliśmy się oto właścicielami pieska. Wybraliśmy mu piękne imię - Filip. A nawet nauczyliśmy psiaka reagować na nie. Dopiero nasz weterynarz powstrzymując się od śmiechu z poważną miną oznajmił nam, że to sunia. Ale nam było wstyd... :-))))